[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, ile możemy na tym zyskać.- Jeśli będzie w stanie to zrobić.- Myślę, że będzie.- Dobra, przekonałeś mnie.Bądź przez chwilę cicho, muszę się zastanowić, czego będę potrzebował.Ułożyłem sobie w pamięci listę niezbędnych przedmiotów, co nastręczyło pewien problem - wiedziałem dokładnie, czego sam będę potrzebował, ale nie do końca, czego może potrzebować Daymar, a to z prostego powodu, że mogłem się jedynie domyślać, w jaki sposób osiąga on swe podziwu godne rezultaty.Jeśli Mellar nie zabezpieczył się przed czarami, to będzie potrzebny naprawdę prosty czar śledzący.wyszło mi, że mam wszystko co potrzebne poza jednym małym drobiazgiem.- Kragar, rozpuść informacje, że chciałbym się zobaczyć z Kiera.Naturalnie w dogodnym dla niej terminie.- Dobra.Jakieś preferencje co do miejsca?- Nie.czekaj! - przerwałem sam sobie.Biuro miałem zabezpieczone tak magicznie, jak i za pomocą czarów, zarówno biernie, jak i czynnie.Wiedziałem, że alarmy i zabezpieczenia są dobre, i wolałbym nie ryzykować omawiania tak delikatnej kwestii w miejscu słabiej chronionym z uwagi na możliwość podsłuchu.Wolałem też, by nikt nie widział, że rozmawiam z Kiera, bo mogłoby to się nie spodobać Demonowi.Z drugiej strony Kiera była.no cóż, Kiera.To, zdaje się, nazywa się dylemat.Rozwiązałem go prosto: nic nie zaszkodzi wstrząsnąć nieco współpracownikami, a jeśli nie ufałbym Kierze, to pozostałby mi już tylko Loiosh.- Chciałbym się z nią spotkać tutaj, w swoim biurze - oznajmiłem.- Jeżeli nie będzie miała nic przeciwko temu.Kragar zamarł z opuszczoną szczęką.Zamknął ją po chwili z trzaskiem i bez słowa komentarza - musiał zrozumieć, że właśnie przeanalizowałem wszystkie za i przeciw.- Jasne - zgodził się spokojnie.- A co z Daymarem? Wiesz, że niełatwo go znaleźć.Mam wymyślić jakiś sposób?- Dzięki, sam się tym zajmę.- Samodzielnie?! - jęknął z uznaniem.- Pracowitość, że pojęcie przechodzi!- To niech przejdzie jeszcze raz.Loiosh mi pomoże.Lepiej ci?Zachichotał i wyszedł.A ja wstałem i otworzyłem okno.Loiosh, poszukaj Daymara.Według rozkazu Jaśnie Pana.Nie wysilaj się, twój sarkazm już na mnie nie działa.Odpowiedział mi telepatyczny chichot i Loiosh wyleciał na zewnątrz.Usiadłem sobie wygodnie i wpatrzyłem się tępo w ścianę.W podobnej sytuacji znajdowałem się na początku każdej “roboty” - bez sprecyzowanego pomysłu, jak ją wykonać, i z mglistymi wizjami, jak do tego doprowadzić.Jedyne, co było jasne, to finał - powinna zakończyć się świeżym nieboszczykiem.Tak jak czterdzieści jeden podobnych.Tylko że to zlecenie różniło się od pozostałych kilkunastoma szczegółami.A pamiętałem je wszystkie, bo przy tak starannych przygotowaniach po prostu nie mogło być inaczej.Całe szczęście, że nie miewałem koszmarów.Same z siebie przypomniały mi się rozmaite detale.Czwarty zabity miał na przykład zwyczaj zamawiania po obiedzie butelki dobrego trunku, który wypijał do połowy, a resztę zostawiał zamiast napiwku.Dwunasty lubił gotówkę w największych jak się tylko dało monetach czy banknotach, które nieśmiało zaczynały wchodzić w życie.Dziewiętnasty był magiem i w każdej wolnej chwili polerował swoją różdżkę specjalną szmatką.Każdy miał jakieś specyficzne przyzwyczajenie - czasami byłem w stanie je wykorzystać, najczęściej po prostu było ciekawostką, która zostawała w pamięci.Kiedy się dobrze kogoś pozna, nie sposób traktować go tylko jako cel czy kolejnego trupa.Acz, z drugiej strony, dla mnie pozostali przede wszystkim celami, na których kontrakty otrzymywałem zawsze w ten sam sposób - przy dobrze zastawionym stole podczas cichej rozmowy, uwieńczonej przekazaniem sakiewki zawierającej od tysiąca pięciuset do czterech tysięcy złotych imperiali.Traktowałem ich równo: zaplanować “robotę” i wykonać ją.Zwykle najpierw poznawałem dokładnie zwyczaje i nawyki ofiary, śledziłem ją, sprawdzałem jej rozkład zajęć.Czasami trwało to kilka dni, czasami kilka tygodni.Dopiero wówczas decydowałem, gdzie i kiedy chcę ją zabić.Miejsce z reguły determinowało termin, czasami tak dalecę, że w grę wchodził określony dzień tygodnia.Potem planowałem samo wykonanie roboty, tak by poszła jak najsprawniej i naraziła mnie na jak najmniejsze niebezpieczeństwo.Samo wykonanie było interesujące tylko wówczas, gdy gdzieś popełniłem błąd lub gdy wydarzyło się coś nieprzewidzianego.Kragar spytał mnie kiedyś, gdy byłem w wybitnie sprzyjającym nastroju, czy lubię zabijać.Nie odpowiedziałem mu, bo nie wiedziałem, ale skłoniło mnie to do zastanowienia.Nadal zresztą nie jestem pewien.Lubię planować całą akcję, lubię ją rozpoczynać, by zobaczyć, czy w praktyce wszystko wyjdzie tak, jak sobie zaplanowałem, ale nie wiem, czy lubię samo zabijanie.Sądzę, że jest mi obojętne: ani go nie lubię, ani nie mam do niego negatywnego stosunku - po prostu to robię.Rozparłem się wygodniej w fotelu i zamknąłem oczy.Początek “roboty” przypominał mi zawsze początek rzucania czaru.Stawał się dla mnie najważniejszą sprawą, bo chciałem ją wykonać jak najlepiej i to nie sugerując się niczym i nikim.To “jak i gdzie” przyjdzie później.Ponieważ niewiele wiedziałem, pozwoliłem, by ta wiedza krążyła po moim umyśle, podsuwając rozmaite pomysły.Niektóre odrzucałem od ręki, inne starałem się zapamiętać, choć robiłem to bardziej podświadomie niż świadomie.Za to gdy już przystąpiłem do planowania, często zdarzało mi się, że któryś objawiał się nagle na podobieństwo natchnienia.Mogłem wówczas spokojnie uważać się za artystę.Ocknąłem się z zamyślenia z uczuciem, że jest coś, co powinienem rozważyć.Ponieważ nie wybudziłem się w pełni, dobrą chwilę zajęło mi uzmysłowienie sobie, co to takiego.Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że jakaś oderwana myśl tłucze mi się po mózgownicy [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • szamanka888.keep.pl